Marcinowi Kędzierskiemu w odpowiedzi

Marcinowi Kędzierskiemu w odpowiedzi

W odpowiedzi na mój tekst „Oskarżam” na moim mikroblogu pojawił się komentarz Marcina Kędzierskiego. Gdy skończyłem odpisywać stwierdziłem, że objętość tekstu jest zbyt duża na zwykły komentarz fejsbukowy, dlatego pozwalam sobie odpowiedzieć w tej formie, jednocześnie ciesząc się na polemikę, bo temat ważny.

Marcin pisze:

(…) Twój wywód ma jeden słaby punkt. NGOsy ponoszą spory wysiłek i ZATRUDNIAJĄ fundraiserów za pieniądze, których nie mają, po to, żeby je mieć, i by móc w przyszłości zatrudnić innych pracowników (bo jak doskonale wiesz, z grantów nie można opłacać kosztów administracyjnych). Jeśli fundraiser nieo zdobywa pieniędzy, to organizacja ich nie ma. Zamiast więc narzekać, drodzy fundraiserzy, odpowiadajcie na podstawowe wyzwanie, które ja czy każdy inny prezes NGO Wam stawia: „show me the money”. Rozglądam się wkoło i niestety wyników prac tych fundraiserów nie widzę. Widzę jedynie teoretyzowanie, i to w branży, w której teorii NIE MA – jest tylko praktyka. Gdyby NGOsy działały wg zasad biznesowych, nikt nie pozwoliłby działać fundraiserom bez szybkich efektów. Ten tekst zatem wpisuje się w sprzedawanie mitów – wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, a źródło problemów jest zawsze gdzie indziej:) I jeszcze jedno – hejtowanie swoich potencjalnych klientów jest kiepską strategią:)

Marcinie, jeżeli jesteś w stanie znaleźć fundraisera, który będzie pracował na pełny etat za darmo – to gratuluję. Bo raczej nikt za dobre słowo i uznanie nie nakarmi rodziny. A taka praca nie jest na część etatu jest niemożliwa (moje doświadczenie tak pokazuje).

Co do kosztów – każda organizacja ponosi koszty księgowości, biura, mediów itp. Wyobraźmy sobie hipotetycznie, że te koszty rosną dwukrotnie. I co? Trzeba je pokryć, albo zamknąć działalność. A pracy fundraisera tak się nie traktuje – raczej jako dodatek, który ma rozwiązać wszystkie problemy.

Pojawia się kolejne pytanie – fundraiser ma zdobywać pieniądze. Racja. Ale czy organizacja dostarcza mu wszystkich potrzebnych informacji? Standardem, który staram się wprowadzać we wszystkich organizacjach, z którymi współpracuję jest to, że podziękowanie za wpłatę jest wysyłane maksymalnie 48h po otrzymaniu wpłaty.

Ale do tego potrzebuję:
1. Informacji z księgowości z pełnymi danymi
2. Listu na papierze firmowym
3. Najlepiej podpisu prezesa pod listem
4. Znaczka, koperty (najlepiej z papierem firmowym) i osoby, która go wyśle, chyba, że mam tracić czas, za który płaci mi organizacja na stanie w kolejce na poczcie.

Nie wspominając o bazie danych i jej rejestracji w GIODO.

A w jednej z organizacji, z którymi pracowałem takie zestawienie wpłat dostałem po 4 (słownie CZTERECH) miesiącach ciągłego proszenia się o dostęp do takich informacji.

I to jest tylko jedna z kilkudziesięciu czynności, którą wykonuję dziennie. I jeżeli nie dostaję potrzebnych informacji, których potrzebuję to wcale się nie dziwię, że efekty są mizerne, albo ich brak.

Inny przykład – muszę poznać aktualnych darczyńców organizacji, a także potencjalnych darczyńców. Czyli muszę bywać, tam gdzie bywa prezes, czy zarząd – który ma kontakty z ludźmi, którzy mogą wspomóc organizację. I w trakcie współpracy z jedną z organizacji takie prośby wyrażałem wielokrotnie – ponieważ cały zarząd miał dostęp do szerokiego kręgu profesorów pewnej uczelni (pozwolisz, że nazwy nie wspomnę) – ale ani razu nie poprosił ich o wsparcie. Ja bym to zrobił. Ale nie miałem jak.

Takich sytuacji miałem w swojej pracy wiele. Nie o wszystkich mogę mówić, ale ma przynajmniej kilkadziesiąt historii, o tym jak nie mogłem wykonywać tego, za co organizacja mi płaciła. Bo nie była gotowa na zmianę, jaką niesie zatrudnienie fundraisera. I czasem to tak wygląda, że organizacja wymaga wystartowania w wyścigu F1, podczas gdy mam tylko tylny spoiler i serwisanta ogumienia na ćwierć etatu. Albo bliżej realiów pozarządowych – gdybyś chciał, żeby księgowość organizacji była prowadzona skutecznie, ale dostarczał do niej tylko co siódmą fakturę i co trzecią umowę.

Narzekanie nie leży w mojej naturze. Staram się do mojej pracy podchodzić profesjonalnie i tego samego wymagam od osób czy organizacji, z którymi współpracuję. Czy to wiele?

Fundraising jest inwestycją. Tak na swoich szkoleniach uczą zarówno członkowie Polskiego Stowarzyszenia Fundraisingu, czy Maciek Gnyszka, z którym ostatnio na ten temat często rozmawiałem. Z różną stopą zwrotu – jeden ze znanych mi fundraiserów zwrócił się po trzech tygodniach, ja w jednej z organizacji po trzech miesiącach (z lekką nadwyżką :), a fundraiserka w pewnym szpitalu po trzech latach (ale tam nie żałują tego zupełnie).

W tej branży nie wdroży się praktyki, jeżeli pod nią nie będzie funkcjonowała teoria. Bo w przeciwieństwie do Ciebie uważam, że to jest branża, która w dużej mierze bazuje na teorii – jak nie popełniać błędów w praktyce.

Z chęcią będę współpracował z NGOsami, które działają wedle zasad biznesowych. Wtedy wszystkie potrzebne informacje mogę uzyskać na wstępie, bez problemów, z całą historią kontaktów z darczyńcami, zdefiniowaną i znaną wizją, misją, celem, podziałem odpowiedzialności. Wtedy efekty będą szybko. A nie tak (kolejne doświadczenie osobiste), że jako fundraiser byłem także PRowcem, rzecznikiem prasowym, człowiekiem od noszenia paczek i upychania ich w magazynie, zarządzającym sklepem internetowym, który sam musiałem stworzyć oraz grantopisarzem.

Tak, chcę NGOsów z nawykami biznesowymi. Z takimi chcę współpracować. I ta współpraca bardzo szybko przyniesie konkretne (mierzalne) efekty.

Odnosząc się do Twego ostatniego argumentu – nie hejtuję potencjalnych klientów. Pokazuję, jaka zmiana w organizacji jest potrzebna, by ta współpraca była owocna. Inaczej szkoda ich i mojego czasu. Oraz ich pieniędzy, których nie mają.

 

fundraising-ideas

Add Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *